Wstęp do monotonii
Szarość poranka powodowała szarość mózgu. Szare było wszystko - niezidentyfikowanego koloru herbata, ciemnozielona marynarka, czarne spodnie. Naprawdę szare było kieszonkowe rozładowujące się co chwilę urządzenie. Każdy kąt żółto-zielonego pokoju był szary. Stare już maskotki na szczycie szafy pokryte były, nie jak dawniej - zielonym, czerwonym i żółtym - ale szarozielonym, szaroczerwonym i szarożółtym martwym futrem. Śmierdzącym. Czy to ze starości, czy to od unoszącego się całymi tumanami papierosowego dymu, dobiegającego z pokojów obok. Krople zamazały i tak brudne już od deszczu szyby. Deszcz też był brudny, jak woda w kranie, która nie jest czystą H2O.
Wyblakłożółty ser pachniał wędliną w ciasnej lodówce. W swojej śliskiej i tłustej folii smakował papierem. Nigdy tak trudno nie jadło mi się papieru. Przemielałam w jamie ustnej jego porozrywane kawałki, mając ochotę za chwilę go wypluć. Męcząc się przeżuwaniem, zasnęłam. Szarość była tak powolna, że odczuł ją nawet płynący czas. W nieszarości na pewno spałabym dłużej, dziś jednak nie spałam długo, obudziłam się w celu dalszego przeżucia kanapki, by znużona czynnością zasnąć ponownie. Jakież było moje zdziwienie, gdy po kolejnym przebudzeniu nadal zmuszona byłam przeżuwać kanapkę. Wepchnęłam do ust już cały jej kęs i najzwyczajniej w świecie pogryzłam.
Szarość dotknęła mnie także w łazience, otoczonej zewsząd szarobrązowymi kafelkami. Dostęp światła okrywała zszarzała od smolistego wydechu żaluzja. Szara była też twarz intruza w lustrze, przyglądającego mi się z niezwykłą, uderzającą, denerwującą obojętnością. Szarości sprzed powiek nie zmyła nawet zmineralizowana H2O. Może to świat był tak szary, że kurzu nie zmyłby z niego najspokojniejszy ocean?
Szara była i bielizna, niegdyś biała, prana zawzięcie z bielizną czarną, przez co od tylorazowego wspólnego wirowania w szarym bębnie, podzieliła się swoim kolorem z kontrastującą współtowarzyszką.
Szare nie były mrówki, szwendające się nadmiernie pewnie po mieszkaniu, niby po współcześnie roznegliżowanym ciele Telimeny, bądź przyziemniej - po własnym usypanym kopcu, do którego mogły mieć pełne prawo. Były czerwone jednostkowo, czarne w grupie. Upajałam się pozostawianiem na będących w zasięgu mojego wzroku meblach czerwonych punkcików.
Na półce leżał szary, zeszłotygodniowy tygodnik lokalny.
Drugoklasistką nie było być łatwo, gdy druga klasa dobiegała już końca. Złowrogie od przeczytanej na swój temat krytyki wzroki atakowały zewsząd moją osobę, powodując uczucie wszechobecnego osaczenia. Nie mieli odwagi osądzić samych siebie, by stać się lepszymi. A mój atak wcale nie był atakiem, jak go odebrano. Chciałam nawet nie tyle wybić się z tłumu ich wszystkich, co stać się ich jednym głosem.
Młody człowiek z reguły pragnie być czynny, póki jeszcze nie dopadnie go bierność, zmuszająca do machnięcia ręką w kwestii spraw nawet dla niego ważnych. Moją umiłowaną czynnością miało być zmienianie świata na lepsze, począwszy od otoczenia najbliższego. Niestety, chwalenie nie było nigdy moją mocną stroną, bowiem przesadne sama nierzadko odbierałam za sztuczne i interesowne, a umiarkowanym chwaleniem, wiedziałam, że świata zmienić nie zdołam. Brzydząc się nienaturalnością, zdobyłam się na skrytykowanie. Krytykowałam w sumie od dawna, nie szło mi najgorzej, pomyślałam więc, że może warto by się posłużyć krytyką i teraz.
Z osaczenia wyrywały mnie na kilka chwil życzliwe poklepywania po ramieniu przez osoby, które widziałam nie raz już wcześniej, mijałam je przecież, przeciskając się przez zatłoczone korytarze, a których imiona nie były mi w większości znane. Oparcie stanowili także właściciele imion na co dzień mi spotykani, aczkolwiek wcześniej nieco mniej wobec mnie przychylni, aniżeli teraz, kiedy podjęłam się tego właśnie działania. Ciepłe słowa świetny artykuł utwierdzały mnie w przekonaniu, że godnie spełniłam swoje zadanie, po czym do okrutnej rzeczywistości przywoływała mnie znów ich krytyka, wynikająca, przypuszczam, z powierzchowności i niezrozumienia, może też z samej krytyki. Upajali się świadomością wyższości nad nami, szydząc i krytykując krytykę szczytnego przecież celu.
Przedstawicielom tłumu zależy na tym, by dobrze wypaść przed innymi. Niezauważenie wchodzącemu na strzeżone - podobno - lotnisko nastolatkowi udało się namalować na jednym ze stojących tam samolotów graffiti, po czym identycznie niepostrzeżenie to lotnisko opuścić. Czyjaż głowa zostanie za to ścięta? Osoby odpowiedzialnej za szczelność zabezpieczeń czy też nastolatka, który, świadomie bądź prawie świadomie, udowodnił, niczym uczciwy, szanujący się hacker, łamiący zabezpieczenia serwerów banków w celu ukazania występujących w nich dziur i odpłatnego udzielenia wskazówek, jak je załatać, że na lotnisko mógł w tym czasie wejść każdy – począwszy od psa, chętnego obsikać pas startowy, po terrorystę, który w samolocie mógł zamontować ładunki wybuchowe? Ku rozbawieniu Zachodu, nie pierwszy raz naigrawającego się z polskiej mentalności i powielania wszechobecnych polstereotypów, nastolatkowi grozi do pięciu lat pozbawienia wolności. W przypadku tym pozytywnych skutków wandalizm został nagrodzony karą, jakiej długo jeszcze nie doczekają się praktykujący korupcję w naszym Rządzie.
Mój wandalizm nie był wandalizmem. A tym bardziej nie wymierzonym w konkretnego - że powielę polstereotyp - Jana Kowalskiego. Mimo to, każdy - interpretując go po swojemu i identyfikując się z którąś z wymienionych w nim grup - sam przykleił sobie etykietkę. A przecież wybierając etykietkę skrytykowanego, musiał sugerować się jakimiś przeżyciami, doświadczeniami. I mogło to być pewnego rodzaju przyznaniem się do błędu przed samym sobą, choć w dalszym etapie polegającym na wymierzeniu ataku przeciwko chcącemu ten błąd wskazać palcem.
Palca mi nie ucięto, choć oczy wydłubano. W oślepieniu spędziłam cały okres wakacyjny. Ciemność narastała, gdy mijałam - kojarzący mi się od tamtej pory z krytyką - budynek. A jakże bolesne było oślepienie przy wstępowaniu w progi klasy trzeciej. Oczy kłuł widok każdej złożonej na pół i czarno zadrukowanej kartki formatu A3. Wyleczył mnie czas. Częściowo. Kłująca infekcja przeszła z oczu na inną cząstkę mojego organizmu.
Pożar wybuchł gwałtownie i szybko go ugaszono.
Społeczeństwo szuka sensacji, umożliwiając mediom zabawę faktami. Pojawia się sytuacja, której oddajemy się bez pamięci, wnikamy w nią, niczym w swoją własną, prywatną, przeżywamy ją, pokazujemy, jak bardzo jesteśmy z nią związani. Po czym znajdujemy inną, świeższą, ciekawszą, zapominając zupełnie o poprzedniej.
Choć ust mi nie zaszyto a wzrok odzyskałam, nie mówiłam, nie przyciągałam wzroku wzrokiem. Własne zasady stanowczo zabroniły mi odpowiadać brakiem szacunku czy agresją na niesprawiedliwość i niezrozumienie. Ciężar, jakim siebie nieświadomie obarczyłam, przywalił mnie swoim ogromem. U dna moje ambicje, poglądy, spojrzenie na świat zmieniły nieco charakter. Nie zatraciłam jednak w zupełności poprzednich, na ich fundamentach odbudowałam swoją ruinę niematerialności. Oddałam się poszukiwaniom innych, uchylonych drzwi…
Sam dzień był szary. Jak każdy poprzedni i każdy kolejny dzień szkolnego życia mnie, trzecioklasistki. Szary i tak pospolity, jak wiele podobnych, których było mnóstwo. Myślami uciekałam gdzieś wyżej, nawet nie pod szary sufit żółtej, przestrzennej sali. I nawet nie potrafię już sobie przypomnieć, jaki był ten dzień, poza tym, że był szary i pospolity. Czas dłużył mi się, niczym podczas jedzenia papierowej kanapki.
A dzień był tak samo szary, jak szarzy byli ludzie, odczuwający aurę tego dnia. Boleść moim uszom zadawały wrzaski i infantylne chichoty tych, które próbowały nie być szarymi, kiedy ja usiłowałam ściągnąć swoje myśli do płaszczyzny mojej cielesności. Wydających piskliwe odgłosy było tak wiele, że swoją liczbą i powodowanym hałasem zaćmiewały pozostałych nie idących – o dzięki ci, Losie - w ich ślady. W swojej większości stawały się jeszcze bardziej szare, niż wydawały się być. Ich wrzask był jednym wrzaskiem tłumu wrzeszczących, w przeciwieństwie do każdej z cisz jednostek niewrzeszczących. Wrzask ten także był pospolity, z tą różnicą, że każdego dnia coraz bardziej przeze mnie nienawidzony.
Patrząc się na płomień zapalonej, przechylającej się na lewą - z mojej perspektywy - na prawą - z perspektywy dobrotliwej, pełnej wyrozumiałości, uduchowionej duszy - stronę świecy, odniosłam wrażenie, iż moja egzystencja cofnęła się o kilka, o ile nie o kilkanaście lat wstecz. I przyczynodawczynią nie była bynajmniej świeca, czy jej płomień. Wrzask, co prawda, ucichł, co wynikało z powierzchownego wrażenia, co do konieczności wykazania się szacunkiem i kulturą osobistą, zastąpiły go jednak pytania i komentarze, które wywołały u mnie owo wrażenie cofnięcia czasu. Wtem zdałam sobie sprawę z faktu, że pytań tych nie mogłam nigdzie wcześniej usłyszeć – były zbyt mądre, by wypowiedzieli je moi rówieśnicy kilka, może naście lat temu i jednocześnie zbyt głupie, by mogli wypowiedzieć je moi rówieśnicy teraz. A jednak zostały wypowiedziane. Tu. Teraz. Przez moich rówieśników.
Poczułam, iż świat nieuchronnie cofa się do tyłu…
Nigdy nie lubiłam mówić, że piszę, a na pewno nie wtedy, kiedy pisałam. Nie chciałam. Nie tyle, by mi przeszkadzano - raczej, by nie próbowano ukradkiem czytać, co piszę. Wstydziłam się powiedzieć, że piszę w trakcie pisania. Co innego, gdy napisałam. Chwaliłam się chętnie osobom mi obcym, że pisuję, byle nie rodzinie i otaczającym mnie ludziom, którzy mogliby to przeczytać i wyrazić swoją opinię wprost, bo przecież ich opinia była dla mnie zawsze najważniejsza i nie mogłam pozwolić, by uległa pogorszeniu, czego mogłam spodziewać się, gdyby przeczytali to, co piszę. Wstydliwość ta nie wynikała jednak z braku poczucia wartości tego, co piszę, bo przecież świadomie i celowo usunęłam to z serwerów, nie dając pożywki żerującym na takie okazje sępom.
Moje pisanie pierwszy raz ujrzało światło dzienne tam, gdzie później skrytykowano krytykę oraz w czasie, kiedy nie zdawałam sobie sprawy z tego, jaką i czyją formę powielam, myśląc, że wypływam na brzeg, niczym nieznana nikomu wcześniej i niewidziana przez nikogo wcześniej muszla, należąca do niespotkanej nigdy wcześniej istoty żywej. I pisanie owo także było krytyką. Wierszowaną, odnoszącą się do zastanej rzeczywistości. Tu już jednak pozaszkolnej. I ta krytyka spotkała się z pozytywnym odbiorem większej rzeszy ludzi, aniżeli krytyka późniejsza. Może była krytyką słabszą, skoro spotkała się z pozytywnym odbiorem większej rzeszy ludzi, aniżeli krytyka późniejsza. Bo krytyka z reguły nie podoba się wszystkim.
I jakaż jest w ogóle reguła krytyki? Zwłaszcza tej, która krytykuje modne obecnie reguły?!
Pisanie moje ukazało się na zachętę, by nakłonić innych do pisania i dzielenia się swoim pisaniem. Spotkało się, niestety, z niewielkim odzewem a uchyliło rąbka tak szczelnie ukrywanej przeze mnie dotychczas tajemnicy. Pytana później o pisanie, gotowam była przedstawić jego efekty. Nigdy jednak inicjatywa nie wychodziła ode mnie samej, jak i nadal nie mówiłam o pisaniu w trakcie pisania.
A pisać lubiłam jak i wcześniej, tak i później, - z coraz mniejszą, niestety, częstotliwością. Częstotliwość pytania o pisanie także zmniejszyła się. Czy z racji zapomnienia, czy z braku zainteresowania - powiedzieć nie jestem w stanie. Podjęłam jednak kolejny, wymagający ode mnie zdobycia się na odwagę, krok. Umieściłam pisanie - każde na osobnej kartce - w foliowych koszulkach i zamknęłam w segregatorze, niczym wodę toaletową w szklanym flakoniku. Otwarcie wystarczyłoby, by zatopić się w zapachu. W smrodzie krytyki. Położyłam go na szafce, w widocznym miejscu, jednak by dalej leżał nienaruszony przez osoby nie tykające się rzeczy nieswoich.
By leżał nienaruszony dalej…
Kiedy świeca przestała mi przyświecać, zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy pisarze, pisząc, zastanawiali się nad tym, do której szufladki gatunkowej wrzucą ich pisanie, jeśli w ogóle zostanie ono dostrzeżone. Nurtowało mnie pytanie, czy podczas pisania, a później poruszania się najzwyklejszymi dla siebie, szarymi uliczkami - doskonale zresztą sobie znanymi - rozpatrywali, czyje poglądy powielają swoim pisaniem i z czyich czerpią filozofii. Oraz czy pomyśleli o tym, że tymi samymi, najszarszymi dla nich na świecie uliczkami będą - po upływie odpowiedniej ilości pokoleniowego czasu - poruszać się rozwrzeszczane gromadki, które wcześniej z uwielbieniem, bądź z równie pełnym znudzeniem, studiowały ich pisanie i, co ciekawsze, całe przejaskrawione życiorysy!
O jakież to szczęście, że zechcieli tylko przemieszczać się po przestrzeni płaszczyzny bliskiej autorom a nie ich kreaturom, bo jakąż olbrzymich rozmiarów falę samobójstw, o równie olbrzymią liczbę większą od tych, których media nie zapomniały nagłośnić zaledwie kilka miesięcy temu, nasilając ją jeszcze, przyniosłoby przestudiowanie czechowiczowskiej ballady.
Poranek pachniał opadłym już deszczem. Na szarych chodnikach zaczęły pojawiać się - w ilościach dużych - szaroróżowe dżdżownice. Irytowała mnie ich zuchwałość i wkraczanie nie na swój teren. Byłam już spóźniona, a musiałam przecież sprawnie omijać je, nie chcąc zniszczyć większego w końcu od bakterii istnienia.
Nie podobał mi się dżdżownicowy szaroróżowy. Różoworóżowy też mi się nie podobał. Inaczej było kiedyś. Kiedy byłam zwariowaną nastolatką, nie uważałam, iż jest to kolor niedwuznacznie kojarzący się ze zwariowanymi nastolatkami. Teraz różoworóżowy był dla mnie tandetny. Gotowam była przyjąć go w ilościach dopuszczalnych, w formie ograniczonej przez przedstawicieli całej gamy barw. Jednak nie w formie wyłącznoróżowej. Szczególnie raził mnie w połączeniu z białym - zarówno tym utlenionym, jak i tym wysokim, dotykającym depczącym spodem do powierzchni ziemi.
W szkole także niemało było różowego. Był i krótki, i długi różowy. I obcisły, i luźny różowy. Był nawet i zwiewny. Ale zawsze prowokujący. Ironiczny śmiech. Dzięki ci, o Losie, wysłuchujący moich błagań o deszcz piorunów, że wyłącznoróżowy, choć nieograniczony, otoczony był wszelkim nieróżowym. Mogłam znaleźć spokojny kąt dla umocowania w nim mojego spojrzenia.
O jakże cudowne było moje odetchnienie, gdym pomyślała o wrzasku jedynie czterogodzinnym. Wrzask był dziś też mniej odczuwalny. Inteligentne przeciwnie pytania jednak nie ustępowały i tego dnia. Zalewały kojącą ciszę w czasie najmniej spodziewanym i najmniej chwalebnym. Nie obyło się też bez wynikającej z uprzejmości konieczności wysłuchania historii życiowej o doborze fryzury na dzień dzisiejszy. Przykra przyziemność zepchnęła mnie na sam dół globu z sennej jeszcze nieco chmury. Och, szczęście, że chociaż chmura nie uległa rozerwaniu, jak w tamtym momencie mój umysł.
Zapach kawy urzekał mnie od dawna. Już jako mały smrodek zakradałam się do górnej szafki przy oknie i sięgałam najwyżej jak mogłam – do dolnej jej półki - po czym wdychałam, niczym wygłodniały narkoman, intensywną woń.
Intensywność zapachów towarzyszyła mi zresztą już od dawna, bowiem na tle pozostałych zmysłów zapach mogłam śmiało nazwać wyostrzonym. Sprawą jasną jest, że wyostrzony w moim mniemaniu zmysł węchu był na tym samym poziomie ostrości, co i węch przeciętnego człowieka. Jak wspomniałam, z pozostałymi zmysłami najlepiej nie było. Dopatrywać musiałam się długo, by zobaczyć i wsłuchiwać równie długo, by usłyszeć. Chyba, że intuicję można by podciągnąć pod zmysł. Z nią było nie najgorzej. O smaku i dotyku nie mogę się wypowiadać, szczególnie mając na uwadze mój brak zamiłowania do spożywania, nawet wymaganego minimum potraw oraz nieuchronność obijania kończyn, tudzież bioder i innych o elementy, zwane dalej futrynami, czy też rogami szafek.
Intuicja była jednak na miejscu i w intensywności odpowiedniej. Zwłaszcza, kiedy chodziło o przeczucie czegoś negatywnego. Mogłabym to nawet podciągnąć pod wrodzoną umiejętność, objawiającą się w najmniej spodziewanych momentach życia. Zastanawiałam się, niejednokrotnie zresztą, czy to może nie ona jest główną winowajczynią spadania na mnie i otaczające mnie osoby, wszelkich nieszczęść i niepowodzeń. Momentami czułam się wręcz, niczym stereotypowy czarny kot. Z czarnego i kota nawet coś mam. Czarne ubarwienie ubrania skontrastowane z szarozielenią oczu. I myśli też: nie tyle czarne, co szare. Ciemnoszare.
A jednak udało mi się i dzisiaj zostać morderczynią. Nieumyślnie uśmierciłam setki, czy nawet tysiące razy mniejszą ode mnie, bezbronną istotę. Usiłowałam ciężarem zrobienia z nią należytego porządku obarczyć pozostałych domowników, odcinając jednym pstryknięciem główny dopływ światła w moim pokoju, a zapalając je na korytarzu.
Skrzydlate, uciążliwe i działające mi na nerwy bzyczące stworzenie, które swą odrażającą brzydotą i siłą pędu odrzucało moje ciało do tyłu, nie chciało najzwyczajniej w świecie wynieść się z mojej siedziby. Chciałam dopomóc jej leżącym na krześle kocem. Pochwyciłam go i poczęłam przeganiać nim muchę, naśladując niemalże panikującego lub przynajmniej wysyłającego znaki dymne Indianina.
Wtem stało się coś, o czym mogła tylko pomarzyć Nosowska w swoim teksańskim utworze. Po którymś razie nie doceniłam możliwości siły swojego uderzenia. Złośliwe bzykadło odbite o ścianę padło na moją kwiecistą poduszkę.
Tego już było za wiele. Wezwałam posiłki, by rozprawiły się z bezczelnym, skrzydlatym natrętem – trafiło wnet tam, gdzie jego miejsce. W papierowej trumnie popłynęło wprost na pola elizejskie MOŚ.
Pomyślałam o Dniu Wagarowicza. Jak niezwykle spłycono teraz wartość,tak ważnego niegdyś dla uczniów dnia. Cóż za przyjemność w obchodzeniu Dnia Wagarowicza, gdy nie ma weń lekcji, by pójść z nich na wagary?! Nie mam pojęcia, kogóż można by teraz wyśmiać za jego co najmniej nie-śmieszny pomysł.
Pójść na wagary odważyli się tylko zawodowcy, którzy po prostu woleli przespać się w domu, aniżeli na szkolnej ławce czy w Domu Kultury, podczas oglądania filmu bądź wysłuchiwania koncertu. Kiedy jeszcze łatwo było mi być drugoklasistką i ja byłam zawodowcem, w tym roku jednak nie odpuszczono nam. Staliśmy się trzecią już ofiarą o-światowych urzędasów…